maly turnieje
MISTRZOSTWA POLSKI 50+ W POLANICY-ZDROJU
W końcu się udało. 3 lata na to pracowaliśmy. Zebraliśmy ekipę 50-latków i pojechaliśmy na Mistrzostwa Polski w kategorii 50+. To była udana przygoda i niezła zabawa. A jak było i co przeżyliśmy? To będzie długa opowieść.
Drużynę na rozgrywki złożyliśmy z oldBOYS-ów i przyjaciół. Musieliśmy się posiłkować ludźmi z zewnątrz, znanymi nam i całkiem nowymi. I udało się. Wyruszyliśmy z różnych miejsc, o różnych porach i kilkoma samochodami. Jako pierwszy, w czwartek pojechał Yura. Pozostali zaplanowali podróż na piątek. Nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy, bo sztuczna nawigacja w końcówce skierowała nas na trasę przez Czechy. A piękna była i wspaniałe widoki nam zafundowała. Wzgórza, góry, krowy, barany, wojak Szwejk, i kręte serpentyny, z podziurawionym asfaltem. I w tak pięknych okolicznościach przyrody wszyscy w okolicach piętnastej byli już na miejscu. No, prawie wszyscy, bo Grzeniu dopiero ze Słubic wyjeżdżał.
Po zakwaterowaniu w "Hotelu Kolorowe Pola Boutique B&B" i rozpoznaniu okolicy był jeszcze krótki czas na koncentrację przed pierwszym meczem, który mieliśmy rozegrać o godz. 17:30. No i się zaczęło.
Pierwszy mecz zagraliśmy z Rzeszowem, który systematycznie plasuje się w czołowej czwórce mistrzostw, i który nigdy tych mistrzostw nie wygrał. Więc faworytem nie byliśmy, ale wyszliśmy na mecz nastawieni jak zawsze bojowo. Już pierwsza akcja Bobra pokazała, że rzeszowianie są twardzi i grają ostro. Obrońca nie pozwolił mu się obiec i wypchnął go na aut. Graliśmy jednak jak równy z równym. Raz oni atakowali, raz my się broniliśmy. I na odwrót. Bardzo dobrze bronił Pałka, który swoją formą zaskoczył nawet nas. Łapał wszystko i pięknie w "klatce" fruwał. W końcu stworzyliśmy akcję, po której uzyskaliśmy prowadzenie. Bober ruszył lewą stroną w swoim stylu czyli szybko i energicznie i po minięciu obrońcy uderzył na bramkę. Trafił jednak w obrońcę i piłka wyszła na przedpole. Tam nabiegał Oleś i precyzyjnym strzałem pokonał bramkarza. Radość ogromna. Trybuny szalały, flagi fruwały, dziewczyny piszczały. No i obudziliśmy potwora. Rzeszów ruszył i zaostrzył swoje buty. W obronie mieliśmy jednak Dziubka, który nie dawał im dojść do czystych pozycji strzeleckich i wszystko czyścił. Był najlepszy w obronie i do przerwy dotrwaliśmy. Graliśmy tylko 9 minut, a zmęczenie było już potworne. Druga połowa to już orka w wykonaniu przeciwnika. Piana z pyska i okrzyki bojowe miały nas złamać. Nie wiedzieli jednak, że w naszych barwach gra Franek, a jego baryton potrafi wywołać lawinę w górach oraz tsunami na morzu więc ich troszkę przyciszył jednym słowem. Ostro jednak było wciąż. Przekonał sie o tym Oleś, którego dwumetrowy obrońca chwytem zapaśniczym powalił na glebę. Nie odpuszczaliśmy i kontrowaliśmy, choć oni siedli na nas mocno. Zamknęli nas na naszym polu karnym i w końcu wyrównali pięknym strzałem w okienko. Pałka tym razem był bez szans. Po wyrównaniu poszli za ciosem, ale my już nie popełnialiśmy żadnych błędów w obronie, chociaż zmiany i rotacja w składzie mogły zamieszać w przedmeczowych ustaleniach. I nadeszła ta chwila, która wstrząsnęła całym Podkarpaciem. Znowu Bober został bohaterem akcji. Podczas zamieszania w polu karnym Rzeszowa, Bober wywalczył piłkę i podał do Franka, a ten miał pustą bramkę i musiał trafić. Trybuny znowu oszalały. Zostały 3 minuty, ale utrzymaliśmy wynik i największa niespodzianka imprezy stała się faktem, a Bober - dwukrotny asystent utonął w ramionach całej ekipy. Aha. Cały mecz graliśmy w deszczu.
Kaziki z Sosnowca stanęli przeciw nam w drugim piątkowym meczu. Ja pierdziu! Jakiego oni mają wielkiego bramkarza. Chyba pomylił dyscypliny, bo z takim wzrostem powinien grać w NBA. Nie przestraszyliśmy się i ruszyliśmy do walki. Pierwsze akcje meczu były trochę chaotyczne, ale kilka razy "koszykarza" sprawdziliśmy. Bronił jednak wszystko bez trudu. Sosnowiec też próbował, ale nasza obrona była znowu bez zarzutu. Dziubek, Piodi i Yura umiejętnie się ustawiali i odbierali piłkę. Popełnili tylko jeden błąd i napastnik sprytnie uciekł naszej obronie. W sytuacji sam na sam Pałka nie miał szans. Trudno. Gramy dalej. Graliśmy do przodu, a oni zwalniali. Auty i wznowienia od bramki przeciągali w nieskończoność. Obrali prostą taktykę. Utrzymać wynik. Grali wszystkie piłki do napastnika, który umiał się zastawić, utrzymać piłkę, rozegrać do partnerów czy złapać faul. Próbowaliśmy też i my. Bober nie miał w tym dniu szczęścia. Miał piłkę na swojej lewicy, jednak po strzale piłka odbiła się od słupka. Do dobitki nikt tym razem nie doszedł. Potem dwukrotnie Oleś utrzymał się przy piłce w polu karnym i odgrywał do wchodzącego Franka, ale trochę niedokładnie. Albo Franek za szybko wchodził, albo Oleś grał na plecy. Rozstrzygnąć to mieli wieczorem przy grillu. W kolejnej akcji znowu Oleś był przy piłce i w polu karnym został przewrócony. Upadając oddał jeszcze strzał, jednak chybił. Wszyscy spojrzeli na sędziego. Niewzruszony nie użył jednak gwizdka. Poprosiliśmy o VAR, ale na ten moment, na tym obiekcie nie została ta technologia wprowadzona. Nie zdołaliśmy wyrównać, ale humory dopisywały.
Wieczorem musieliśmy trochę odreagować. Podróż, mecze i emocje zrobiły swoje. Na hotelowym ogródku czekały na nas fotele i suto zastawione stoły. Mimo bogactwa Pałka i tak zamówił pizzę. Zamówił aż 328 cm pizzy, ale nie była to suma średnic kilku placków tylko przekątna. Bo tam podają pizzę prostokątną. Pomeczowe analizy i dyskusje trwały bardzo długo i były burzliwe. Dwa razy dostaliśmy od właściciela i sąsiadów żółte kartki. A wiadomo, ze jak są dwie żółte, to trzeba zejść z boiska. I poszliśmy spać.
A co się zadziało w sobotę?
- Jak się nazywa miasto nad Wisłą? Dla ułatwienia dodajemy, że jest to imię króla, który zostawił Polskę murowaną.
- Ale jakie miasto?
- To ja się Pana pytam jakie miasto?
- Aha... to ja nie wiem.
- Panie Kazimierzu, ma Pan klucze od kabiny?
- Bardzo Państwa proszę nie podpowiadać! Bardzo proszę!
- Kluczbork.
Jest to fragment dialogu z filmu "Rejs" Marka Piwowskiego z 1970 roku. I trzeci mecz zagraliśmy właśnie z chłopakami z tego miasta. Już na początku było widać, że będzie dobrze. Pierwsza akcja w wykonaniu Olesia to potwierdziła, gdy przełożył obrońcę i strzelił, ale w bramkarza. W kolejnej akcji Grzeniu nie trafił do pustaka po podaniu Dziubka. Na usprawiedliwienie powiedział, że obrońca podbił piłkę i poszła mu na kolano. Przeciwnicy mieli problemy ze skonstruowaniem akcji, bo nasi obrońcy byli szybsi i twardsi. Yura się trochę zapędzał do przodu i dwa razy wykonał niekontrolowane upadki. Jak na lodowisku, gdy grywał w hokeja. Za te upadki Pałka posadził go na ławkę. Obronę pilnował Piodi i na zmianę z Dziubkiem wyprowadzali akcje zaczepne. A Dziubek dodatkowo wspierał napastników i groźnie strzelał, oraz pomocników i celnie podawał. W końcu z autu dokładnie zagrał do Grzenia, który dołożył nogę i mieliśmy otwarty wynik. Zanim dołożył, obrócił się po plecach obrońcy, a ten się lekko zdziwił, że tak z nim zatańczył. Do przerwy nie daliśmy rady już więcej strzelić. Na drugą połowę wyszliśmy ze zmiennikami, ale nie był to słabszy skład. Klepaliśmy ich aż miło, a Victor wspaniale krył i nie pozwalał się przecisnąć napastnikom z Kluczborka. A Piotrek z Andrzejem (ze Słupska) na zmianę uruchamiali Franka i Olesia. Skoro obrona była zorganizowana, Dziubek poszedł do przodu. Franek podał, a Dziubek chcąc przyjąć i podać dalej, tak sprytnie przyjął, że piłka wpadła do bramki. Mecz był już ułożony i Franek zaczął szaleć. Zabierał obrońców i robił miejsce Olesiowi, który dwukrotnie urwał się obrońcom i wykończył skutecznie akcje.
Ostatni mecz w grupie zagraliśmy z Ząbkowicami Śląskimi. Oba zespoły miały szansę na wyjście z grupy. Musiały tylko wygrać. Przy naszej wygranej zajęlibyśmy miejsce 1, przy remisie miejsce 3, a przy porażce miejsce 4. Więc mieliśmy o co grać. Oni mieli w drużynie bardzo groźnego gościa z nr 7. Dziubek obiecał się nim zająć, by nie narobił nam kłopotu. I wywiązał się z zadania, bo nie zagroził Pałce ani razu. W tym meczu byliśmy już osłabieni dość mocno, bo Grzeniowi spuchła kostka i zagrać nie mógł, a Bober zdawał właśnie egzamin w Międzyrzeczu. I wydawałoby się, że "Ząbki" już na starcie mieli przewagę. Nic z tych rzeczy. To my pewniej ruszyliśmy w początkowej fazie meczu i ze dwa lub trzy razy im zagroziliśmy. W rewanżu, Pałka wyłapał jeden prosty strzał. Nasi obrońcy już się zgrali i porządnie trzymali tyły, a w środku na przemian rozgrywali Franek z Olesiem. Do ataku przechodziliśmy dwoma, ewentualnie trzema zawodnikami. Przy tak ważnym meczu żadna ekipa nie mogła popełnić błędu, by nie pojechać do domu po tym meczu. I nie popełniali. Do czasu. W 7 minucie zmusiliśmy ich do popełnienia takiego błędu. Oleś wyprowadził piłkę ze środkowej strefy i tuż przed polem karnym zagrał na prawą stronę do Dziubka, który mocnym strzałem nad bramkarzem zdobył gola. Do przerwy nie powinno się już nic dziać, ale 2 minuty to sporo czasu. I zagospodarował je w całości Pałka. Najpierw obronił strzał z rzutu wolnego, a po chwili kolejny sparował na rzut rożny. Jednak to, co wydarzyło się w ostatniej akcji pierwszej połowy, zapamięta na zawsze. Ząbkowice już nas absolutnie zdominowały i podczas zamieszania przed bramką, nikt z nas nie mógł wybić piłki. Albo Andrzej nie trafił w piłkę, albo Yura kopnął za lekko, albo jeszcze ktoś zwlekał z wybiciem i piłka wciąż wracała do Ząbkowic. I w tym zamieszaniu jeden z przeciwników trafił w bramkę. Ale, ale... zaraz, zaraz. Owszem trafił czyli kopnął piłkę do bramki, która leciała do siatki z prędkością pierwszego serwisu tenisisty. I nagle, spoza gąszczu grających w niebieskich strojach przeciwników, wyfrunął w krwisto-czerwonym stroju On. Zanim jednak zaczął frunąć w kierunku dalszego słupka musiał się wybić. Jego smukłe i naprężone łydki były do tego przygotowywane przez wiele miesięcy. Właśnie w tej chwili pomyślały, że to jest odpowiedni moment, by podziękować za wielomiesięczne ich głaskanie i formowanie. I wyrzuciły go w kierunku miejscagdzie leciała piłka. Przyjął pozycję skoczka wzwyż i frunął Pałka niczym Spiderman. Piłkę cały czas obserwował i miał ją w zasięgu, ale tylko wzroku. Nie mógł jej sięgnąć. Piłka, niestety oddalała się od naszego bramkarza i już szykowała się do przekroczenia linii bramkowej. W tym momencie Pałka rozciągnął się jeszcze bardziej, by nie pozwolić jej wpaść do bramki. Na trybunach było słychać, jak puszczają szwy w koszulce, a kibice zamarli w bezruchu i obgryzając paznokcie patrzyli to na piłkę, to na Pałkę, a bukmacherzy błyskawicznie obstawiali, kto będzie pierwszy. Nie można było spokojnie usiedzieć. Piłka już dotykała (biorąc pod uwagę widok z góry) linię bramkową, a golkiper wciąż był w powietrzu i ją gonił. I nagle Pałka przypomniał sobie, że lecąc jak Spiderman miał zaciśniętą pięść. Piłka się bardzo zdziwiła, gdy zauważyła jak zaczynają prostować się Pałki palce, ale nie poddawała się. Wciąż była bliżej celu. Gdy rękawica i "skórzany obiekt pożądania kilkunastu facetów" prawie się dotykały, panowie ze Śląskich Ząbkowic podnieśli ręce w geście triumfu. I tu Pałka wyciągnął Asa z rękawa. Nie zważając na ból, zrobił przeprost w swoim łokciu, co dało jego ręce dodatkowe 3 mm, a to już wystarczyło do wypchnięcia piłki na róg. Cały stadion w jednej chwili oniemiał, a po sekundzie wszyscy doniośle darli japy: Pałka, Pałka, Pałka... I tak uratowaliśmy prowadzenie do przerwy. Czy w obronnej paradzie pomogły rękawice Łukasza Fabiańskiego czy niewyszlifowany jeszcze instykt bramkarski? To pozostanie tajemnicą bardzo długo. A w drugiej połowie musieliśmy się obronić lub zadać cios nokautujący. Oni wyciągnęli z bramki bramkarza i próbowali grać z przewagą zawodnika. Kilka razy piłka rozgrywana przez nich minimalnie przelatywała obok nas, ale nikt nie zdołał jej przechwycić. W końcu stanęli przed szansą. Grali z nami "w dziadka" i posłali piłkę w pole karne, a tam niefortunnie Yura skrobnął piętę Ząbkowica i sędzia gwizdnął karnego. Wyrównali i bramkarza wrócili do klatki. To dało nam trochę oddechu i możliwość kontratakowania. Nie było wielu szans, bo sił już brakowało. Jak w pierwszej, tak i w drugiej połowie ostatnia akcja miała najwięcej dramaturgii. Oni stracili piłkę i Franek wyprowadził kontrę. Podał do Olesia, który miał dwa wyjścia. Albo strzelić, bo bramka była odsłonięta w połowie, albo dać Frankowi powrotne podanie, by on kopnął do pustej bramki. Oleś wybrał pierwszą opcję, a  strzał, który miał nam dać pierwsze miejsce w grupie... nie wiadomo jak, ale bramkarz wyłapał. Za tę decyzję Olesiowi dostało się i załamany zszedł z boiska. Tym sposobem zajęliśmy 3 miejsce w grupie. A do pierwszego było tak blisko.
Na pocieszenie mieliśmy do rozegrania jeszcze jeden mecz. Dziwnie jest skonstruowana tabelka MP50+, ale nie nam to rozstrzygać. Ważne, że mogliśmy jeszcze zagrać. Otóż drużyny, które zajęły trzecie miejsca w swoich grupach miały zagrać ze sobą, a zwycięzcy tego meczu mieli zagrać w niedzielę o miejsca 9-10 w turnieju. Ostatecznie chyba nie doszło do niedzielnych spotkań trzecich miejsc. To jednak dotyczyło niedzieli, a my tu jeszcze musimy rozegrać mecz z Łodzią. No to gramy. Od pierwszych minut było widać rozluźnienie w obu ekipach. Niby mecz ważny, ale już praktycznie po turnieju. Łodzianie pierwsi zadali nam cios. Obrońca przez całe boisko wrzucił do niepilnowanego napastnika, który był sam przed naszym bramkarzem. Po chwili był już remis. Frankową akcję skończył Dziubek. Mecz był otwarty i dużo działo się pod bramkami. Na kolejne prowadzenie łodzianie wyszli po małym oszustwie. Piłka opuściła boisko i aut miał być dla nas. Nawet przeciwnik przyznał się, że piłka go otarła. Sędzia jednak pokazał aut dla nich. Oleś nie chciał się z tym pogodzić i blokował wznowienie, ale inny zawodnik Startu przesunął piłkę i zagrał w pole karne. A tam znowu stał niepilnowany zawodnik i znowu trafił. Wznowiliśmy, straciliśmy piłkę i było już 1:3. Jeszcze do przerwy zdołaliśmy złapać kontakt, gdy Yura odebrał piłkę, staranował obrońcę, potem bramkarza, ale piłkę utrzymał i strzelił do pustaka. W tym meczu jakoś dziwnie się poprzestawiały formacje. Napastnicy byli w obronie, a obrońcy z przodu. Zamiana jednak na nic się zdała. Andrzej mógł nawet zdobyć gola, ale elektrycznie nieczysto trafił w piłkę. Olesia w tym meczu nie było. Nie podniósł się po ostatniej akcji meczu poprzedniego. Do przerwy było nieźle, a w drugiej połowie Łódź nas zatopiła. Dołożyli 4 bramki i zakończyli nam turniej.
Wyniki:
Polonia Rzeszów - oldBOYS Słubice 1:2 (Oleś, Franek)
Kaziki Sosnowiec - oldBOYS 1:0
oldBOYS - Kluczbork 4:0 (Grzeniu, Dziubek, Oleś 2)
oldBOYS - Orzeł Ząbkowice Śląskie 1:1 (Dziubek)
Start Łodź - oldBOYS 7:2 (Dziubek, Yura)
 
Ostatecznie zostaliśmy sklasyfikowani na 10 miejscu. W finale Rzeszów przegrał z Tarnowem, a trzecie miejsce wywalczyli Lubuszanie Zielona Góra pokonując Lublin.
 
W naszym zespole grali oldBOYS-i: Pałka, Górek, Yura, Oleś, Dziubek, Podhaj, Grzeniu i przyjaciele: Victor (Toronto), Franek (Poznań/Słubice), Andrzej Chmielewski (Słupsk), Piodi (Ośno Lubuskie), Bober (Słubice). Drużyną kierował Cinek, a dowozem zajął się Daffy. Jednak największe podziękowania kierujemy do pań, które przyjechały nas wspierać, głośno dopingować i pilnować, byśmy o odpowiedniej porze zasypiali. Dziękujemy!