
REPREZENTACJA POLSKI NA MEMORIALE W GÓRZYCY
W sobotę 10 maja 2025 roku oddaliśmy hołd Mateuszowi Podlipskiemu, wieloletniemu pracownikowi i organizatorowi imprez sportowych w Górzycy. Po raz czwarty uczciliśmy jego pamięć i wzięliśmy udział w turnieju amatorskich drużyn.
Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek porównywać się będziemy do reprezentacji Polski w piłce nożnej. I to do tej seniorskiej. Najważniejszej, najbogatszej i najpiękniejszej. A o jakie porównania chodzi? Zaraz się dowiecie.
Na pierwszy mecz wyszliśmy nastawieni bardzo bojowo. Jednak zanim powąchaliśmy piłkę, już przegrywaliśmy. Parkowa klepała nas przez pierwsze minuty i nie pozwalała dotknąć piłki. W końcu się zlitowali i skończyli akcję. Rozgrywający wrzucił miękko piłkę w pole karne, a wychodzącego do niej bramkarza uprzedził wysoki napastnik i głową skierował piłkę do naszej bramki. Drugiego gola straciliśmy też po składnej akcji chłopców z alei Parkowej. Popełnialiśmy straszne błędy w obronie, ale to oni nas zmusili do ich popełnienia, a że potrafili to wykorzystać bezwzględnie, to prowadzili już 2:0. Właściwie, to przy tym golu błąd popełnił Piodi. Dwie bramki nas obudziły i w końcu zaczęliśmy grać więcej piłką i stworzyliśmy nawet akcje bramkowe. Oleś jednak został antybohaterem tej części gry. W pierwszej akcji Grzeniu wykiwał obrońców i miał strzelać, ale zobaczył Olesia na czystej pozycji i mu zagrał. A Oleś nie trafił czysto w piłkę i zamiast gola był wielki kiks. W kolejnej akcji Norbert, prostopadłym podaniem idealnie obsłużył Olesia, który miał tylko bramkarza przed sobą. Niestety, podcinka nie była celna i piłka minęła bramkę o jakieś 3 metry. Czas mijał, a my chcieliśmy strzelić choć jednego gola. Poszliśmy wszystkimi siłami do przodu i... straciliśmy piłkę. W kontrze Parkowcy mieli trzech na jednego. I ten jeden powstrzymał ich. Warknął na jednego, drugiego przepchnął, a trzeci już sam się poddał i oddał piłkę bramkarzowi. To był Yura, świeży nabytek, choć już nie najmłodszy. Potem jednak bramkę nam strzelili. Mimo dobrej postawy Tomali w bramce, który kilka razy nas uratował, w kolejnej kontrze nie miał szans. I tym sposobem przegraliśmy mecz otwarcia.
Drugi mecz zagraliśmy z Ukrainą. Amatorzy z Jenson Logistics jeszcze nigdy nie dali nam wygrać. Słyną z żelaznej dyscypliny, ostrej walki i dobrej obrony. Czy my to lubimy? Czy taki styl nam odpowiada? Czy tym razem zrobimy na nich punkty? Na te pytania mieliśmy poznać odpowiedź po 15 minutach grania. Pierwsze minuty, to badania. Rozgrywanie z tyłu i jakieś próby włączenia napastników. Zarówno nasza, jak i ich obrona jednak dawała radę powstrzymywać ataki i bramkarze nie mieli wiele do roboty. W środku boiska trwała walka o piłkę i pozycje do ataku. O ostrej grze ukraińców najpierw przekonał się Grzeniu, który dość mocno został poturbowany po ataku na nogi z tyłu. Normalny sędzia pokazałby czerwoną kartkę. Ten jednak udawał, że nic nie widział. Drugim poszkodowanym był Oleś, który wzięty w kleszcze padł na murawę i uderzył głową o trawę. Wszyscy zamarli, bo pamiętali zeszłoroczny nokaut na Olesiu po kopnięciu w głowę. Tym razem szybko wstał, zwyzywał przeciwników i zapowiedział ostrzejszą "zabawę". W końcu doszliśmy pod bramkę Jensonów. Pałka rozgrywał i podał do Norberta, ale ten został w ostatniej chwili zablokowany. Później też Grzeniu postraszył golem, ale strzał był niecelny. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie nie padnie. Tym bardziej, że Tomala już wyczuł teren przed swoją bramką i w akcjach przeciwnika doskonale wyprzedzał napastników lub świetnie się ustawiał i wybijał piłkę na rogi. W kóncówce meczu i jedni, i drudzy atakowali już bez pardonu. Nasz Tomala ich powstrzymywał skutecznie, a ich bramkarz popisał się dwoma interwencjami życia. Gdy zostały dwie minuty do końca, Tomala wyłapał silny strzał i szybko zagrał do Dziubka. Ten przyjął i ze zwodem ograł obrońcę. Wyszedł z piłką i przed sobą miał Olesia, Grzenia i tylko jednego przeciwnika. Szliśmy 3 na 1 i mieliśmy szansę na gola. Niestety, prawda jest inna. Dziubkowi przy przyjęciu piłka odskoczyła, stracił ją, a Ukrainiec dograł do kolegi, który silnym strzałem w środek bramki zdobył gola. Tuż po wznowieniu, Oleś chciał kiwnąć, ale stracił równowagę. Stracił też piłkę i za chwilę Tomala wyciągnął po raz drugi piłkę z bramki. Załamka, a Oleś chyba jednak odczuł kontakt z murawą, bo przestał myśleć. W ten sposób przegraliśmy mecz o wszystko.
Po dwóch porażkach, został nam mecz o honor. A honoru mieliśmy obronić w meczu z drużyną, w której ich nastarszy zawodnik od naszego najmłodszego był młodszy o jakieś 30 lat. To miał być spacerek. Juniorzy biegali jednak jak zwariowani. Tym nas zaskoczyli, a my nie nadążaliśmy za nimi. Szczególnie chłopiec z numerem 9 dał się we znaki, bo był u nich najlepszy. Był szybki, posiadał niezłą kiwkę i poprawną technikę prowadzenia piłki, a poza tym wszystkim miał przegląd i doskonale podawał. Zawodnik kompletny. A my? Mieliśmy też... właśnie. Kogo my mieliśmy? Powolnych dziadków, mało zwrotnych seniorów i nieszczupłych techników. Na tle tak świeżych grajków nie wyglądaliśmy dobrze. Z samej gry jednak potrafiliśmy stworzyć kilka sytuacji i już było blisko. Grzeniu nie miał jednak dnia i potwierdził to straconą setką, po prostopadłym zagraniu przez Olesia. Normalnie, zakończyłby akcję golem z zamkniętymi oczami. Młodzi też atakowali, a że mieli więcej sił, to pod naszą bramką byli częściej niż my pod ich. I w końcu nas dopadli. Dziewiątka wymanewrował obronę i strzelił obok naszego bramkarza. Cała drużyna i rezerwowi już unieśli ręce w górę, ale piłka trafiła w słupek i wyszła w pole. Wszyscy jęknęli z żalu, bo już ją widzieli w siatce. Piłka od słupka jednak odbiła się szczęśliwie dla nich i trafiła pod nogi innego zawodnika, który do pustej już bramki skierował ją celnie. Przegrywaliśmy mecz o honor, a nie tak to miało wyglądać. Ruszyliśmy jednak do ataku. Nie było lekko, ale atakowaliśmy. A oni kontrowali. Akcje szły tam i z powrotem, jak w angielskiej Premier Leaque. Tomala uratował nas w sytuacji sam na sam i to nam dało powera. W ostatniej akcji meczu Pałka podał między nogami do Norberta. On się odwrócił i strzelił gola. Za chwilę, jak się okazało, tym razem już naprawdę w ostatniej akcji meczu, w końcu pokazaliśmy jak powinniśmy zdobywać gole. Oleś podał do Dziubka na prawą stronę. Dziubek podciągnął do linii końcowej i wzdłuż ostro puścił szczura. Zamykał akcję Norbert, który dostawił buta i ustalił wynik. Honor został uratowany i zajęliśmy w grupie miejsce trzecie.
W nagrodę zagraliśmy o piąte miejsce w turnieju, z trzecią drużyną grupy A - Galacticos. Graliśmy już z nimi dwa razy i oba mecze wygraliśmy. Więc na mecz wyszliśmy spokojnie i bez spinki. I jak się okazało, to było dobre podejście do meczu. To był pierwszy i ostatni mecz, w którym kontrolowaliśmy grę. Mieliśmy nawet przewagę, ale z wykończeniem akcji znowu były kłopoty. Jeśli nie mogliśmy strzelić my, próbowali w tym nas wyręczyć galaktyczni. Gdy wykonaliśmy rzut rożny ich obrońca wybijał piłkę głową i trafił w poprzeczkę. Gdyby uderzył niżej, prowadzilibyśmy. Strzelają jak my. Słabo i niecelnie. Całe szczęście, że w naszą bramkę nie strzelali w ogóle. Jeszcze by im niechcący zeszła i Tomala musiałby się spocić. A że nie strzelali było zasługą obrońców. Cinek i Yura wślizgami rozbijali ataki i nawet Daffy raz przerwał groźną kontrę. W końcu sędzia gwizdnął i poszliśmy strzelać karne, by obronić piąte miejsce z poprzedniego memoriału. Wygraliśmy losowanie i rozpoczęliśmy strzelanie. Pierwszy miał iść Grzeniu, ale się wystraszył i oddał kolejkę Norbertowi, który strzelił dziś dla nas wszystkie bramki. I co? Tym razem nie dał rady. Bramkarz go wyczuł i obronił. Tomala dostał instrukcje od sztabu szkoleniowego, jak bronić karne. Posłuchał, ale został zmylony. Drugą kolejkę zaczynał Cinek i pewnie pokonał bramkarza. Silnie i celnie. Bez szans. Tomal wciąż stosował wskazówki dane mu od szkoleniowców. Przyniosło to efekt, bo obronił i mieliśmy remis. Potem strzelał Oleś, jeden z nasłabszych zawodników w naszej drużynie. Pewnie zmylił bramkarza i dał prowadzenie. Każdy bramkarz ma swój rozum, z resztą tak jak lewoskrzydłowy. I nasz wymyślił, że obroni karnego po swojemu. I dupa. Nie posłuchał i nie obronił. Więc potrzebne było strzelanie do pierwszego pudła. Co się odwlecze, to nie uciecze. Grzeniu dostał kolejną szansę. Strzelił pewnie, ale nie tam gdzie chciał. Najważniejsze, że trafił. Ostatniego karnego Tomala znowu obronił i mieliśmy piąte miejsce. A cieszyliśmy się z tego, jakbyśmy zdobyli mistrzostwo świata.
Potem już była tylko zabawa i świętowanie sukcesu. Tak, tak. Sukcesu. Bo rozegrać w grupie mecze a'la reprezentacja Polski, jest niałatwo. A mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor rozgrywają tylko najwartościowsze drużyny. Nasza taka jest i koniec. Kropka.
Graliśmy w składzie: Tomala, Dziubek, Cinek, Piodi, Górek, Pałka, Oleś, Grzeniu, Yura, Daffy i Norbert Ka.
Wyniki:
oldBOYS Słubice - Parkowa Górzyca 0:3
Jenson Logistics - oldBOYS 2:0
oldBOYS - RKS Czarnów 2:1 (Norbert Kukulski 2)
oldBOYS - Galacticos Laski Lubuskie 0:0 karne 3:2
Memoriał wygrali Metal Art Krześnica. W finale po rzutach karnych wygrali z Jenson Logistics. Trzecie miejsce zajęła Parkowa, a czwarte FC Sun Gorzów Wlkp. My na piątym. A potem Galacticos, Żywczyki Górzyca i RKS Czarnów. Na uroczystym zakończeniu oklaskiwaliśmy zawodników turnieju. Bramkarzem został Grzegorz Adamczak (Parkowa Górzyca), królem strzelców Denis Atamanczuk (Jenson Logistics), a zawodnikiem turnieju Norbert Kikosicki (Metal Art Krześnica)